Abel Korzeniowski


Premiera nowej kompozycji Abla Korzeniowskiego
01-08-2004


Rok 1927. Niemiecki ekspresjonista Fritz Lang kończy zdjęcia do kultowego obrazu "Metropolis". Rok 2004. Młody polski kompozytor oprawia film we współczesne ramy dźwiękami muzyki. O półrocznej pracy nad monumentalną kompozycją opowiada jej twórca Abel Korzeniowski

Metropolis Rafał Romanowski: Czy to prawda, że pracując nad nową muzyką do "Metropolis", niemal przez pół roku nie wychodziłeś z domu?

Abel Korzeniowski: Sporo w tym prawdy. Kiedy zabierałem się do pracy, nie sądziłem, że projekt przybierze aż takie rozmiary. Sądzę, że jego ogrom przerósł oczekiwania wszystkich. Właśnie dlatego traktuję te kilka miesięcy jako szczególny etap w moim życiu.

330 stron papieru formatu A3, 170 wykonawców, 147 minut płynącej w rytm filmu muzyki. Nie obawiasz się zarzutów, że twoja muzyka przyćmi nieco nieśmiertelne dzieło Fritza Langa?

- Człowiek ze swej natury postrzega rzeczy najpierw wizualnie, dopiero potem słuchowo. Zajmuję się komponowaniem muzyki, ponieważ wierzę, że dźwiękami można dotrzeć do odbiorcy głębiej, chociaż jest to jednocześnie trudniejsze. Obraz Langa jest na tyle sugestywny, że trudno go w jakikolwiek sposób poskromić. Chodziło mi o jego uwspółcześnienie, nie o zdominowanie muzyką.

Wielu twórców próbowało już się zmierzyć z "Metropolis". Przez niemal 80 lat powstało kilkanaście wersji muzyki, które usiłowały wnieść do filmu coś innego niż oryginalny podkład Gotfrieda Huppertza z 1927 r. Zainspirowała Cię któraś z nich?

- Cały czas zdawałem sobie sprawę z istnienia nawet dyskotekowych wersji "Metropolis". Giorgio Moroder, jedna z ikon ery disco lat 80., stworzył rozrywkowe opracowanie muzyczne. Dla mnie jednak najważniejsza była wersja Huppertza i to, że współpracował z Langiem osobiście. Muzyka ta wiele mówi o intencjach samego reżysera.

Kto w takim razie był twoim Fritzem Langiem?

- Sam sobie musiałem być Langiem (śmiech). Tym bardziej było to dla mnie trudne. Niektóre sceny wydawały się początkowo wręcz nieprzekładalne na język muzyki. Najciekawsze było operowanie różnego rodzaju estetykami, zmienianie wydźwięku poszczególnych scen.

W wywiadach podkreślasz, że chciałeś nieco odejść od zawartej - siłą rzeczy - w "Metropolis" anachroniczności, przekładając dzieło Langa za pośrednictwem muzyki na czasy współczesne. Uważasz, że ten film się zestarzał?

- Przez 80 lat zmieniło się bardzo wiele, dlatego szukałem punktów wspólnych między obrazem a współczesnością, wokół których mógłbym rozpiąć siatkę moich dźwięków. Sporą trudnością były dla mnie konotacje "Metropolis" z nazizmem. Co innego filmy kręcone z wyraźnym zamysłem propagandówki Leni Riefenstahl, a co innego "Metropolis" - obraz, który wadliwie odczytano. Postanowiłem trochę uwspółcześnić film Langa i spojrzeć na jego miasto inaczej. Wszechobecne tam labirynty, przez które podróżuje bohater, symbolizują dla mnie stan umysłu współczesnego człowieka. Buduje on na swej drodze kolejne przeszkody, oddziela się od innych murami, żyje w klaustrofobii i ciągłym strachu przed innymi.

Sporo emocji towarzyszy partii wokalnej twojego "Metropolis", śpiewanej przez gwiazdę muzyki klubowej Novikę. Jak ci się współpracowało z zatrudnionymi w projekcie wokalistkami?

- Podoba mi się zestawienie głosów Noviki i Ani Witczak. Kasia, obdarzona przez naturę ciepłym głosem, musi używać tu raczej zimnych, nowoczesnych barw. Z kolei głos Ani określiłbym jako źródłowy, pozbawiony wszelkiej politury. Myślę, że ich konfrontacja na scenie wypada intrygująco. Towarzyszy im podwójny 100-osobowy chór oraz poszerzona 70-osobowa symfoniczna orkiestra Sinfonietty Cracovii. Do tego jeszcze scenografia wideograficzna Artura Tajbera, wyświetlana we wnętrzu kościoła. Nie wiem jeszcze, czy będzie to wydarzenie incydentalne, ale być może wydamy "Metropolis" na DVD.