Abel Korzeniowski


Abel w krainie Metropolis


Dzięki muzyce 32 letniego Abla Korzeniowskiego, arcydzieło niemego kina sprzed 78 lat przemówiło w zupełnie nowy sposób. "Newsweek" nakłonił kompozytora, by też przemówił.
MAGDALENA ŁUKASIEWICZ

Abel Korzeniowski Przez ponad pół roku po kilkanaście godzin dziennie pisał muzykę na 42-osobowy chór, 70-oso-bową orkiestrę i dwie wokalistki. Powstał 147-niinutowy koncert do sztandarowego dzieła niemieckiego ekspresjonizmu filmowego z 1926 roku, monumentalnego "Metropolis" Fritza Lan-ga. Premiera odbyła się 31 lipca w kościele ewangelickim w Cieszynie. Publiczność przyjęła dzieło owacją na stojąco. Teraz pora, żeby muzykę 32-letniego Abla Korzeniowskiego, ucznia Krzysztofa Pendereckiego, usłyszał świat, l wszystko wskazuje na to, że niebawem usłyszy. Na cieszyńskim koncercie był Carlo di Carlo, włoski krytyk filmowy, przyjaciel Antonioniego i współorganizator festiwalu filmowego w Wenecji. Zachwycony i oszołomiony powiedział: ""Metropolis" powinien być wykonany w Wenecji". Jeśli wszystko pójdzie dobrze, koncert Korzeniowskiego pojawi się na przyszłorocznym festiwalu. Ale zanim to nastąpi, planowane są koncerty w Hanowerze, Warszawie i Berlinie. Wyjdzie też płyta DVD z filmem Langa i muzyką Korzeniowskiego. Spotkałam się z Ablem, "krakusem" od czterech lat mieszkającym w Warszawie, po jego krótkich wakacjach. Był zadowolony i tryskał energią.

NEWSWEEK: Przez ponad pół roku byłeś nieobecny dla świata. Ile minut muzyki dziennie pisałeś?
ABEL KORZENIOWSKI: Na początku obliczyłem, że jeśli chcę zdążyć na festiwal filmowy Era Nowe Horyzonty w Cieszynie, powinienem dziennie napisać minutę muzyki. Ale plany planami. Pierwsze dwie minuty pisałem przez miesiąc. I dlatego w końcowym okresie spałem po trzy godziny na dobę, a nieraz w ogóle. Wpadałem w stan dźwiękowstrętu. Robiłem wtedy dzień przerwy, żeby się odrestaurować. Niemal przyrosłem do krzesła i komputera.

Piszesz nuty na komputerze? A wyobrażałam sobie ciebie ślęczącego nad stertami pokreślonego papieru nutowego.
- Pokreślony papier też ma swoje miejsce, ale XXI wiek nie ominął kompozytorów. Ty masz edytor tekstu, a ja nut. To wielkie ułatwienie, nie muszę kreślić i przepisywać wszystkiego ręcznie. Poza tym komputer odtwarza dźwięki i mogę od razu posłuchać tego, co przed chwilą stworzyłem.

Masz poczucie, że stworzyłeś coś wielkiego, wybitnego?
-Jestem zadowolony ze swojej pracy. To dla mnie krok milowy. Wiem, że koncert podobał się publiczności i myślę, że udało mi się uwspółcześnić 78-letnie "Metropolis". Czy mogłem chcieć więcej ?

Musiałeś sięgać aż po tak stary film, żeby odnieść wielki sukces?
- A w której polskiej produkcji pozwolono by rozwinąć skrzydła muzyce, tak jak to miało miejsce w "Godzinach" z fenomenalną muzyką Philipa Glassa. Ostatnie lata pokazują, że stać nas jedynie na kameralne filmy niskobudżetowe, do których nie nadaje się orkiestra symfoniczna. Do "Pornografii" Kolskiego rewelacyjną muzykę napisał już Zygmunt Konieczny, więc w ostatecznym rozrachunku jest zdecydowanie za mało filmów, a za dużo kompozytorów. Praca nad muzyką do filmu niemego stworzyła sytuację, w której nie miałem nad sobą reżysera. Tylko moja żona, która jest również muzykiem i moim najbliższym współpracownikiem, na bieżąco recenzowała wszystko to, co napisałem. Mogłem zrealizować własną wizję. Nikt na mnie nie naciskał, niczego nie oczekiwał. Wszystko zrobiłem po swojemu. Czuję, że otworzyły się przede mną kolejne drzwi.

Ale teraz to już chyba do światowej kariery? Bo jeśli dobrze liczę, to są już trzecie drzwi.
- Wszystko zaczęło się, kiedy miałem 22 lata. Studiowałem kompozycję na krakowskiej Akademii Muzycznej pod okiem Krzysztofa Pendereckiego. Koleżanka mi powiedziała, że Jerzy Stuhr szuka młodego kompozytora. Spotkałem się z nim, dałem swoje demo (teraz, kiedy tego słucham, wydaje mi się beznadziejne), a następnie napisałem muzykę do "Makbeta" w jego reżyserii. Myślałem, że złapałem Pana Boga za nogi i chyba tak rzeczywiście było (śmiech). To były pierwsze drzwi. Cztery lata temu napisałem muzykę do filmu Jerzego Stuhra "Duże zwierzę". Był to mój debiut w filmie fabularnym.

l od razu dostałeś nagrodę na festiwalu filmowym w Gdyni. Poczułeś się panem tego świata?
- Wydawało mi się wtedy, że drzwi otworzyły się przede mną na oścież i wszystko się zmieni. Wszedłem do zupełnie nowego świata, który niestety nie okazał się tak lukrowany, jak wyglądał z zewnątrz. Ale ten świat uczy pokory. W tym samym momencie, kiedy ktoś cię pogłaszcze, z drugiej strony przychodzi cios, po którym możesz się załamać. Trzeba przeczekać te ciężkie chwile. Nie chcę na nikogo narzekać. Już się tym nie przejmuję. Cieszę się, że robię swoje.

Ale profesor Penderecki chyba nie jest zadowolony, że jego najlepszy uczeń i były asystent poszedł w komercję i komponuje do filmów?
- Musisz jego o to zapytać. Nie traktuję muzyki filmowej komercyjnie. Ona nadaje nowy wymiar obrazowi i odwrotnie - obraz staje się jej częścią. Muzyka filmowa jest dla mnie jedyną formą muzyki poważnej, która zdobyła szerszą akceptację. Pisanie jej sprawia mi ogromną przyjemność. W tym się spełniam. Myślę, że mój mistrz to rozumie.

Kraków nie jest na ciebie obrażony, że wyemigrowałeś do Warszawy?
Chyba nie. Tam nam było bardzo wygodnie. Wrośliśmy w środowisko kompozytorskie, a ja uczyłem na Akademii Muzycznej. Wszystko mieliśmy ułożone, prowadziliśmy bezpieczne życie. Zaczęliśmy się bać, że będzie już tak do końca. Po zakończeniu roku akademickiego spakowaliśmy nasz dobytek i zaczęliśmy nowe życie w Warszawie. Teraz sytuacja się powtarza i również tutaj zaczyna być za wygodnie. Może więc pora przenieść się do Metropolis.


Współpraca Katarzyna Gronowska